Dlaczego Coraz Mniej Wierzę, Że Seryjni Sprawcy Po Prostu „Nienawidzili Ludzi”

Bardzo często, kiedy mówi się o seryjnych sprawcach, pojawia się jedno proste wyjaśnienie:
że nienawidzili ludzi.

I im dłużej o tym myślę, tym mniej wydaje mi się to oczywiste.

Bo oczywiście — czasami tak było.

Istnieli ludzie, którzy autentycznie czuli pogardę wobec konkretnych grup społecznych.
Kierowali się mizoginią.
Nienawiścią.
Poczuciem moralnej wyższości.

Można tu przywołać choćby Kubę Rozpruwacza i całą obsesję wokół prostytutek.
Albo wielu późniejszych naśladowców, którzy próbowali kopiować podobny wzorzec przemocy.

Ale jednocześnie mam poczucie, że bardzo wielu seryjnych sprawców wcale nie było ludźmi odciętymi od społeczeństwa w taki prosty sposób.

Czasami wręcz odwrotnie.

Bo kiedy zaczyna się czytać o niektórych z nich głębiej, pojawia się coś bardzo dziwnego.

Wielu z nich wygląda bardziej jak ludzie patologicznie spragnieni więzi niż ludzie, którzy po prostu nienawidzą innych.

Weźmy choćby Dahmera.
Albo Nielsena.

To przecież nie byli ludzie, którzy chcieli izolacji od świata.

Oni bardzo często obsesyjnie chcieli zatrzymać innych przy sobie.
Nie umieli budować normalnych relacji.
Nie umieli utrzymywać bliskości.
Ale jednocześnie panicznie bali się opuszczenia.

I właśnie to wydaje mi się dużo bardziej przerażające.

Bo nagle przemoc przestaje wyglądać jak zwykła nienawiść.
Zaczyna bardziej przypominać wypaczoną próbę zatrzymania drugiego człowieka przy sobie na zawsze.

Często mam też wrażenie, że seryjni sprawcy byli ludźmi potwornie głodnymi akceptacji społecznej.

Bardzo wielu z nich chciało być zauważonych.
Znanych.
Rozpoznawalnych.
Chcieli, żeby świat w końcu na nich spojrzał.

I paradoksalnie nawet sama medialność seryjnych sprawców często wydaje mi się częścią tego mechanizmu.

Listy do gazet.
Kontakt z policją.
Zostawianie znaków.
Budowanie własnej „legendy”.

To trochę wygląda tak, jakby część z nich bardziej niż zabijać chciała wreszcie zaistnieć.

Bardzo ciekawy jest też przykład Son of Sama.

Istnieje historia o tym, że kiedy podszedł do samochodu z zamiarem popełnienia zbrodni, ludzie poprosili go o pomoc przy awarii.
I podobno w tamtym momencie odpuścił.

Bo nagle ktoś potraktował go jak człowieka.

I to jest dla mnie niesamowicie niepokojące.

Bo sugeruje coś dużo bardziej skomplikowanego niż prostą nienawiść do ludzi.

Mam wręcz czasami wrażenie, że część tych ludzi nie tyle nienawidziła społeczeństwa, ile desperacko chciała być jego częścią.

Tylko kompletnie nie potrafiła funkcjonować w normalny sposób.

Oczywiście jednocześnie trudno romantyzować takich ludzi.

Bo niezależnie od motywacji dalej mówimy o potwornej przemocy.
I chyba właśnie dlatego tak interesujące jest dla mnie pytanie, co właściwie dzieje się w głowie człowieka, który robi coś takiego.

Zwłaszcza że wielu z nich dzisiaj prawdopodobnie zostałoby bardzo szybko zakwalifikowanych jako osobowości psychopatyczne.

A wtedy cała sprawa zaczyna wyglądać jeszcze inaczej.

Jest taki cytat z filmu:

„Czy lew nienawidzi antylopy, kiedy ją atakuje?”

I mam wrażenie, że w przypadku części psychopatycznych sprawców podobna logika może mieć zastosowanie.

Drapieżnik nie zawsze kieruje się nienawiścią.
Czasami po prostu działa zgodnie ze swoją konstrukcją.

To oczywiście nie oznacza braku odpowiedzialności.
Ani braku zła.
Ale być może oznacza, że nienawiść nie zawsze jest głównym mechanizmem.

Zresztą im dłużej o tym myślę, tym bardziej mam poczucie, że próbujemy uprościć coś, co z natury jest bardzo niejednoznaczne.

Lubimy wierzyć, że istnieje jedno wyjaśnienie.
Jedna przyczyna.
Jeden typ „potwora”.

A przecież seryjni sprawcy często diametralnie się od siebie różnili.

Jedni byli napędzani seksualną obsesją.
Inni potrzebą kontroli.
Jeszcze inni poczuciem upokorzenia, ideologią albo zwykłą sadystyczną przyjemnością.

I chyba właśnie dlatego coraz mniej wierzę w jedno uniwersalne wyjaśnienie.

Bo może motywów jest po prostu tyle, ilu samych sprawców.

A może największy problem polega na tym, że bardzo chcemy widzieć takich ludzi jako całkowicie „innych” od nas.

Oderwanych od normalnych ludzkich emocji.
Pozbawionych potrzeby akceptacji, bliskości czy uznania.

Tymczasem czasami właśnie te bardzo ludzkie potrzeby przyjmowały u nich najbardziej potworną i wypaczoną formę.

I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej niepokojące.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *