Czasami mam wrażenie, że człowiek bardziej potrzebuje sensu niż prawdy.
Naprawdę.
Potrzebujemy czuć, że nasze życie:
ma kierunek,
układa się w logiczną historię,
prowadzi do czegoś,
jest spójne.
Że wszystko dzieje się „po coś”.
I chyba właśnie dlatego ludzki umysł tak obsesyjnie produkuje narracje.
O sobie.
O innych.
O przeszłości.
O relacjach.
O cierpieniu.
O przyszłości.
Nieustannie próbujemy połączyć kropki.
Nadać znaczenie chaosowi.
Bo chaos jest niekomfortowy.
Kiedy nie wiemy:
kim jesteśmy,
dokąd idziemy,
co właściwie czujemy,
dlaczego coś się wydarzyło,
umysł bardzo szybko próbuje stworzyć historię.
Nawet jeśli ta historia nie jest do końca prawdziwa.
Byle była spójna.
Mam czasami wręcz poczucie, że to jest jakiś „bug” w człowieku.
Mechanizm, który kiedyś pomagał przetrwać.
Bo jeśli potrafisz szybko zbudować interpretację rzeczywistości, łatwiej ci się po niej poruszać.
Łatwiej podejmować decyzje.
Łatwiej przewidywać ludzi.
Łatwiej utrzymać poczucie kontroli.
Problem polega na tym, że życie bardzo rzadko jest naprawdę spójne.
Człowiek też nie jest.
Możesz jednego dnia czuć się silny i pewny siebie, a drugiego kompletnie zagubiony.
Możesz kochać kogoś i jednocześnie chcieć od niego uciec.
Możesz być inteligentny i irracjonalny.
Empatyczny i egoistyczny.
Odważny i przestraszony.
I to wszystko może być prawdziwe jednocześnie.
Ale umysł tego nie lubi.
Umysł chce jasnej odpowiedzi.
„Kim naprawdę jestem?”
„Jaki właściwie jestem?”
„Co to wszystko znaczy?”
A może problem zaczyna się właśnie wtedy, kiedy próbujemy zamienić żywego człowieka w prostą definicję.
Od dziecka uczymy się budować swoją postać.
Mamy mieć:
charakter,
tożsamość,
rolę,
konkretne poglądy,
konsekwentny obraz siebie.
I potem przez pół życia pilnujemy tej narracji.
Nawet wtedy, kiedy już dawno przestała być aktualna.
To chyba dlatego ludzi tak bardzo przeraża zmiana.
Bo zmiana rozwala historię, którą opowiadaliśmy sobie o sobie.
Jeśli całe życie uważałeś się za „rozsądnego człowieka”, trudno nagle zrobić coś szalonego.
Jeśli zbudowałeś tożsamość wokół bycia „silnym”, trudno przyznać, że sobie nie radzisz.
Jeśli całe życie byłeś „tym odpowiedzialnym”, możesz nawet nie zauważyć momentu, w którym zaczynasz być po prostu zmęczony.
I mam wrażenie, że bardzo często nie żyjemy już realnym życiem.
Żyjemy bardziej własną narracją.
Pilnujemy swojej postaci.
Swojej historii.
Swojego obrazu siebie.
Nawet medytacja potrafi stać się częścią ego.
„Jestem świadomy.”
„Rozwijam się.”
„Pracuję nad sobą.”
„Jestem bardziej obecny niż inni.”
Ego potrafi schować się wszędzie.
Nawet w próbie pozbycia się ego.
I może właśnie dlatego coraz bardziej interesuje mnie obserwowanie siebie zamiast definiowania siebie.
Nie chodzi nawet o to, żeby znaleźć „prawdę o sobie”.
Coraz mniej wierzę, że istnieje jedna.
Dużo ciekawsze wydaje mi się zauważenie:
jak bardzo płynny jest człowiek.
Jak bardzo zmienia się:
w zależności od momentu,
emocji,
ludzi,
etapu życia,
zmęczenia,
lęku,
pragnień.
Może człowiek nie jest jedną historią.
Może jest bardziej czymś, co cały czas się wydarza.
Procesem.
Chaosem.
Zbiorem sprzeczności.
I szczerze mówiąc — im mniej próbuję wszystko w sobie idealnie poukładać, tym więcej czuję spokoju.
Bo może życie wcale nie miało być perfekcyjnie spójną opowieścią.
Może miało być po prostu żywe.
