Spójność, tożsamość i narracja o sobie prowadzą donikąd

I trochę winię za to Kartezjusza.

„Myślę, więc jestem.”

Wszyscy znamy to zdanie.

Jest jednym z fundamentów zachodniego myślenia.

I im dłużej o nim myślę, tym bardziej mam wrażenie, że gdzieś po drodze bardzo mocno utknięliśmy we własnym „ja”.

Zaczęliśmy traktować siebie jak coś stałego.
Jak projekt.
Jak historię, którą trzeba utrzymać w spójności.


Od dziecka słyszymy, że powinniśmy „wiedzieć, kim jesteśmy”.

Że trzeba odnaleźć siebie.
Zbudować swoją tożsamość.
Być konsekwentnym.
Mieć swoje zdanie.
Swoją historię.
Swój kierunek.

A ja coraz częściej mam poczucie, że to wszystko bardziej nas ogranicza niż rozwija.


Bo co właściwie znaczy być spójnym?

Że wszystko, co robiliśmy wcześniej, musi prowadzić do jednej logicznej wersji nas samych?

Że mamy dojść do jakiegoś momentu w życiu i powiedzieć:

„Dobra.
Teraz już wiem, kim jestem.”

Naprawdę?


Przecież większość ludzi przez całe życie się zmienia.

Zmieniają się poglądy.
Potrzeby.
Marzenia.
Lęki.
Relacje.
Wrażliwość.

I to jest normalne.


Mam wręcz wrażenie, że kultura bardzo źle patrzy na zmianę.

Szczególnie taką większą.

Kiedy ktoś w wieku pięćdziesięciu lat zmienia zawód, zaczyna od nowa albo nagle odkrywa w sobie zupełnie inny kierunek życia, ludzie często patrzą na niego jak na kogoś niepoważnego.

Jakby „mu odbiło”.

A może właśnie odwrotnie?

Może po prostu przestał udawać, że nadal jest człowiekiem, którym był dwadzieścia lat wcześniej.


Mam też poczucie, że bardzo mocno wmawia nam się potrzebę posiadania tożsamości.

Że jesteś kimś konkretnym.

Nauczycielem.
Prawnikiem.
Artystą.
Introwertykiem.
Sportowcem.
„Takim typem człowieka”.

I oczywiście — czasami pomaga to uporządkować życie.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy tożsamość staje się klatką.


Kiedy zaczynamy myśleć:

„Tego nie zrobię, bo to nie pasuje do mnie.”
„Tacy ludzie jak ja tego nie robią.”
„To nie jest zgodne z moją tożsamością.”

I nagle zamiast żyć, zaczynamy pilnować własnej postaci.


A przecież każdy z nas ma w sobie wiele różnych wersji siebie.

Jesteś trochę innym człowiekiem przy partnerze.
Innym przy rodzicach.
Innym w pracy.
Innym ze znajomymi.

Zmienia się nawet ton głosu.
Tempo mówienia.
Sposób myślenia.

I to nie oznacza fałszu.

To po prostu oznacza, że człowiek nie jest jedną sztywną konstrukcją.

Jesteśmy dużo bardziej płynni, niż chcielibyśmy wierzyć.


Ciekawie widać to choćby w terapii uzależnień.

Ludzi często zachęca się tam do identyfikowania siebie jako alkoholika czy osoby uzależnionej.

I dla wielu osób to rzeczywiście działa — bo pomaga przestać wypierać problem i daje punkt zaczepienia do zmiany.

Ale jednocześnie bardzo łatwo zrobić z tego całą swoją tożsamość.

A przecież człowiek nie jest wyłącznie swoim uzależnieniem.


Dużo ciekawsze jest dla mnie coś innego.

Moment, w którym ktoś zaczyna budować nowy obraz siebie.

Na przykład:

„Jestem osobą, która dba o swoje ciało.”
„Przygotowuję się do zawodów.”
„Chcę coś jeszcze osiągnąć.”
„Jestem kimś, kto o siebie walczy.”

I nagle pewne zachowania zaczynają odpadać naturalnie.

Nie dlatego, że ktoś brutalnie sobie ich zakazuje.

Po prostu przestają pasować do kierunku, w którym idzie.


To pokazuje, jak bardzo człowiek jest procesem.

I chyba właśnie dlatego coraz mniej wierzę w sztywne narracje o sobie.

Bo mam wrażenie, że największym problemem nie jest nawet historia, którą opowiadamy innym.

Większym problemem jest historia, którą opowiadamy sobie.


Układamy sobie w głowie własną postać.
Własną legendę.
Własne wyjaśnienie siebie.

I potem zaczynamy tego pilnować.

Bronimy tej wersji siebie nawet wtedy, kiedy już dawno z niej wyrośliśmy.


A przecież może być tak, że przez pięć dni z rzędu każdego dnia prawda będzie wydawała ci się trochę inna.

I to też jest okej.


Może człowiek wcale nie jest gotową historią.

Może jest czymś dużo bardziej żywym i zmiennym.


Zresztą bardzo ciekawe jest też to, jak postrzegają nas inni ludzie.

Większość osób zna nas właściwie z kilku momentów.
Kilku rozmów.
Kilku wspomnień.

Na tej podstawie budują sobie obraz nas.

Ale to nigdy nie jest pełny obraz człowieka.


Tak naprawdę zna nas może kilka osób w życiu.

A i to nie do końca.

Bo prawdopodobnie nawet my sami siebie do końca nie znamy.


I szczerze mówiąc — im bardziej to rozumiem, tym więcej czuję wolności.

Bo wtedy nie muszę już być „gotowy”.
Nie muszę być ostatecznie określony.
Nie muszę utrzymywać jednej wersji siebie przez całe życie.

Mogę się zmieniać.
Mogę sobie przeczyć.
Mogę odkrywać nowe rzeczy.

I może właśnie dużo zdrowsze jest patrzenie na siebie jak na proces, a nie jak na gotową definicję.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *